Archiwa tagu: Dziennik.pl

Nutka inspiracji Depeche Mode w nowym albumie Natalii Kukulskiej

Na łamach Dziennik.pl można przeczytać wywiad przeprowadzony przez Wojciecha Przylipiaka z Natalią Kukulską w temacie jej nowego albumu „Ósmy Plan„,w którym znalazła się wzmianka o Depeche Mode.

Wojciech Przylipiak: Sporo słychać na niej fascynacji mroczną elektroniką spod znaku Depeche Mode.

Natalia Kukulska: To dla nas od lat jeden z najważniejszych zespołów i jeśli chcieliśmy pobawić się na „Ósmym planie” analogową elektroniką,to trudno nam było uniknąć tych inspiracji. W filozofii tego zespołu podoba się nam,że sami kreują dźwięki.

Cały wywiad dla zainteresowanych do przeczytania pod adresem http://muzyka.dziennik.pl/news/artykuly/483990,natalia-kukulska-wizerunek-gwiazdy-jest-mi-kula-u-nogi-wywiad.html

Depeche Mode według Konjo

Konjo czyli Paweł Konnak większości znany z telewizyjnych wygłupów,podzielił się swoją opinią z Dziennik.pl na temat Depeche Mode. Według Konjo zespół Depeche Mode jest banalny,jak stwierdził depesze to ulizana alternatywa. Najśmieszniejsze jest zdanie dotyczące fanek zespołu: „Pewną rekompensatę stanowiły fanki brytyjskiej grupy,o których mówiło się,że ściągają majtki szybciej niż mały fiat…”.

[..] – Nie rozumiem,jak można dziś zachwycać się tak banalnym zespołem,skonstruowanym według schematu: przystojniak,narkoman plus łatwo wpadająca w ucho muzyka? Depesze to ulizana alternatywa! – stwierdził w rozmowie z DZIENNIKIEM Paweł 'Konjo’ Konnak o brytyjskiej formacji,która ostatnio święci triumfy dzięki najnowszej płycie ”Sounds of the Universe”.
Paweł 'Konjo’ Konnak:

Wielka popularność Depeche Mode i żywotność subkultury „depeszów” to jedna największych tajemnic naszej ojczyzny. W latach 80. trójmiejskie punki żywiły wobec Depeche Mode pewne nadzieje – liczono,że formacja będzie kontynuatorem linii wyznaczonej przez Joy Division.

Szybko okazało się,że jednak,że produkcje Davida Gahana i jego kolegów od wizji Iana Curtisa dziela lata świetlne. Depeche Mode to była i jest ulizana alternatywa,bliższa miękkiej stylistyce new romantic albo nawet disco. Pewną rekompensatę stanowiły fanki brytyjskiej grupy,o których mówiło się,że ściągają majtki szybciej niż mały fiat…

Nie rozumiem,jak można dziś zachwycać się tak banalnym zespołem,skonstruowanym według schematu: przystojniak,narkoman plus łatwo wpadająca w ucho muzyka? To dla mnie taka sama zagadka jak fenomen popularności nad Wisłą muzyki country… Tak czy owak,oba te zjawiska wiele mówią o wrażliwości estetycznej rodaków. [..]

źródło: Dziennik.pl

Kosmiczne Depeche Mode

Na stronie dziennika ogólnopolskiego pojawił się artykuł „Kosmiczne Depeche Mode” autorstwa Marka Świrkowicza. Autor zaczynając od krótkiego wierszyka: „Weź do ręki kawał kija,wal depesza,niech się zwija,a jak będzie stawiał opór,weź do ręki wielki topór”,wspomina początki zespołu,nie zabrakło również krótkiej refleksji na temat najnowszego albumu.

„Weź do ręki kawał kija,wal depesza,niech się zwija,a jak będzie stawiał opór,weź do ręki wielki topór” – taki wierszyk pod koniec lat 80. widniał na ścianie mojej klatki schodowej na Chomiczówce.
Oj,nie lubili wówczas Depeche Mode miłośnicy szeroko pojętej muzyki rockowej,a regularne bitwy miedzy metalowcami i punkowcami a depeszami przeszły do historii polskiej socjologii ruchów młodzieżowych.

Dziś ówcześni kpiarze z wyrzutem plują sobie w brodę. Bo dwie dekady później brytyjscy pionierzy electropopu cieszą się w branży estymą przynależną największym rockowym gigantom,a wiernopoddańcze hołdy składają im rzesze muzycznej młodzieży – od elektroników przez indierockowców po metalowców. Ale trudno się dziwić: wszak Depeche Mode nie tylko są jedną z niewielu ikon tamtych czasów,które wciąż potrafią bez problemu zapełnić każdy stadion na naszym globie,lecz także umościli sobie wygodne miejsce w piątce najbardziej wpływowych wykonawców ostatnich lat. Mówcie,co chcecie,ale Martin Gore z kolegami zrobili tyle dla muzyki elektronicznej,co Rolling Stonesi dla rocka albo Black Sabbath dla metalu.

I nie zadowalają się bynajmniej statusem szacownych ojców założycieli,ale nieustannie prą naprzód,pokazując pyskatym electromłodziakom,gdzie ich miejsce. Właśnie nagrali swą 12. płytę studyjną zatytułowaną „Sounds Of The Universe” („Dźwięki wszechświata” – od dziś w polskich sklepach). To pełna pasji dźwiękowa podróż w analogowy kosmos lat 80.,a zarazem dowód na to,że po latach nie zawsze szczęśliwych muzycznych i życiowych wirów muzycy Depeche Mode odnaleźli upragnioną stabilizację.

Próżno tu szukać znanych z „Excitera” (2001) flirtów z techno czy industrialnych brzmień z ostatniego jak dotąd „Playing The Angel” (2005). Nie uświadczymy także rozbuchanych orkiestracji i stadionowego rozmachu wcześniejszych dokonań Anglików. Dźwięki wszechświata w wydaniu Depeche Mode są marzycielskie,przestrzenne,a zarazem bardzo intymne. Jakbyśmy słuchali wyznań zagubionego w kosmosie astronauty,który zza oldskulowej aparatury z klasycznych filmów science fiction spowiada się nam pełnym emocji głosem Davida Gahana (frontman depeszów jeszcze nigdy nie śpiewał tak przejmująco) ze swoich sekretów.

Potrafi nam zaserwować zarówno mroczną,masochistyczną historię w „In Chains”,ironiczny komentarz na temat „doskonałości” współczesnego świata w „Perfect”,jak i uduchowioną modlitwę o pokój w „Peace”. Zwierzeniom tym towarzyszy oszczędna,choć nie pozbawiona nerwu muzyka,w której niczym w wypolerowanych blachach statku kosmicznego odbijają się zarówno klasyczne depeszowskie electro,jak i syntetyczna,”atmosferyczna” szkoła Jeana-Michela Jarre’a.

Niemała w tym rola starych,analogowych syntezatorów i zabytkowych automatów perkusyjnych,którymi od paru lat pasjonuje się dyżurny kompozytor grupy Martin Gore. „Odkąd przestałem pić,musiałem sobie znaleźć jakieś nowe uzależnienie” – tłumaczył ze śmiechem muzyk,który obecnie kupuje na aukcjach elektroniczne cacuszka sprzed lat. Pozytywne hobby znalazł sobie także wokalista Dave Gahan. Gdy raz na zawsze skończył z heroiną (która w 1996 r. doprowadziła go do śmierci klinicznej),ostro wziął się za komponowanie.

Na „Sounds Of The Universe” dzieli się kompozytorskimi obowiązkami z Gore’em,a dostępny jedynie w specjalnym pakiecie deluxe utwór „Oh Well” to pierwszy w historii zespołu przykład kreatywnej kolaboracji obydwu dżentelmenów.

A już za miesiąc,23 maja,będziemy mogli na własne uszy przekonać się,jak najnowsze hity Depeche Mode brzmią na żywo. Gore,Gahan i Andy Fletcher zagrają bowiem dla nas na warszawskim Stadionie Gwardii. 30 tys. biletów rozeszło się w mgnieniu oka. Dziś już nikt nie podskoczy depeszom.

źródło – Dziennik ogólnopolski

Ponownie Dziennik.pl

Na Dziennik.pl ponownie o zespole Depeche Mode,po wywiadzie,sondzie,tym razem na stronie można przeczytać artykuł „Depeche Mode. Najlepszy zespół świata?” którego autorem jest Marcin Staniszewski.

[..]Niedawno oburzałem się przy okazji recenzji płyty zespołu Under Byen na słowa Davida Fricke’a z magazynu „Rolling Stone”,który nazwał Duńczyków „the best band in the world”. Bo jak to zmierzyć? Liczbą sprzedanych płyt? A może długością kariery? To tak jak z wyborem Miss Świata – zwyciężczyni prawie nigdy nie jest tą najładniejszą…

Dlatego nie ośmieliłbym się nazwać żadnego zespołu „najlepszym”,ale mogę wskazać ten,który w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wywarł największy wpływ na muzykę rozrywkową,bo zawsze był o krok przed wszystkimi,wyznaczał trendy i inspirował artystów spoza swojego estetycznego kręgu. O wielkości Depeche Mode nie świadczy wcale fakt,że sprzedali ponad 100 milionów płyt,ale to,że zespół mimo 30 lat istnienia ciągle ewoluuje,i nawet teraz,gdy cieszy się statusem kapeli kultowej,nie boi się ryzykownych eksperymentów,na które nie pozwoliłaby sobie żadna inna gwiazda światowego formatu. Dowodem na to jest właśnie 12. płyta tria z Basildon. „Sounds Of Universe” – niełatwa,pełna zgrzytliwej elektroniki,nieraz ocierającej się wręcz o syntetyczną awangardę.

Przyjrzyjmy się historii gwiazdorskich zespołów,które zaczynały mniej więcej w tym samym czasie co DM,choćby The Cure czy U2. Choć należą do panteonu popowych bogów,żaden z nich nie wpłynął na tak różne muzyczne obszary jak DM. The Cure przeszli metamorfozę od postpunkowej kapeli do popowych klasyków,ale tkwią w tym samym punkcie mniej więcej od połowy lat 90. A Bono i spółka nagrywają niezmiennie stadionowe hymny – wiele z nich trzeba uznać za rockowe klasyki. Zwykle jednak nawet nie zbliżają się do siły rażenia eklektycznej twórczości DM.

Kiedy kilka miesięcy temu duet Pet Shop Boys odbierał nagrodę Brit Award za całokształt twórczości i wkład w rozwój współczesnej muzyki rozrywkowej,Neil Tennant powiedział: „Oczywiście bardzo się cieszę z tego wyróżnienia,ale będę szczery – ta nagroda powinna powędrować raczej w ręce Depeche Mode,my moglibyśmy jeszcze poczekać. Oni mają świetnego kompozytora,jakim jest Martin Gore,istnieją na rynku muzycznym dłużej niż my,a mimo że mają rzeszę wiernych fanów na całym świecie,nie zyskali w swojej ojczyźnie takiego uznania,na jakie z pewnością zasługują”. Jego kolega z zespołu Chris Lowe potwierdził: „Bardzo imponuje mi rozwój DM. Zaczynali jako niewinny zespół synthpopowy,by stopniowo wypracować swoje mroczne industrialne brzmienie”.

Dwa lata wcześniej tę samą nagrodę odbierali członkowie britpopowego Oasis,lider zespołu Noel Gallagher również przyznał,że na to wyróżnienie z całą pewnością bardziej zasługuje Depeche Mode. Słowa to tym ważniejsze,że wypowiedział je człowiek,który własną osobę i swój zespół uważa za pępek świata.

Ale nie tylko twardogłowi rockmani i popowi wyjadacze zachwycają się DM. Wpływy angielskiego tria sięgają znacznie dalej. To jedyny europejski zespół wywodzący się z niezależnej sceny,który odniósł oszałamiający sukces po obu stronach oceanu. Klasyczną już dziś historią jest ta o podróży DM do Detroit w 1989 roku. Okazało się,że Gahan i spółka cieszą się tam statusem kultowych gwiazd. „Oni dokonali niemożliwego w Ameryce: są w stanie dogodzić wszystkim,zarówno fanom tanecznych rytmów,jak i zwolennikom stadionowego brzmienia. Oni są zawsze w punkt ze swoimi płytami. Zawsze są świetnie zsynchronizowani z muzycznym otoczeniem” – przyznał w wywiadzie dla „The Face” w tym samym roku Derrick May,legendarny DJ i producent z Detroit,uważany za ojca chrzestnego techno.

Zresztą nie tylko Detroit zasłuchiwało się w muzyce Gahana i spółki. „DM mieli nieoceniony wpływ rozwój w rozwój amerykańskiej sceny klubowej. Prawie każdy DJ w Nowym Jorku czy Chicago ma w kolekcji wczesne nagrania DM. Nie byłoby muzyki house’u bez wpływu DM. Oni wiedzą,gdzie bije serce klubowej muzyki. I mimo odmiennego brzmienia podobnie jak my wyrastają z tego samego pnia: zakorzenionego w fascynacji dokonaniami Kraftwerk. Posłuchajcie tylko kawałka „People Are People”. oni mają taniec we krwi” – podsumowuje ikona muzyki house Frankie Knuckles.

Te wypowiedzi świetnie ilustrują zakres oddziaływania angielskiego tria – ich muzyką fascynują się w równym stopniu rockmani,jak i przedstawiciele mainstreamowego popu i elektronicznych subkultur. Dość powiedzieć,że utwory Depeche Mode coverowały takie sławy jak Johnny Cash,Rammstein,The Smashing Pumpkins,a nawet Coldplay,nie wspominając o Thomie Yorku,który wprost przyznaje,że „Violator” to jedna z płyt,które odcisnęły największe piętno na twórczości Radiohead. Czy muszę jeszcze wspominać o fanach ekstremalnie ciężkich brzmień zafascynowanych DM? To nie przypadek,że nasz rodzimy Vader nagrał cover „I Feel You”,a do mrocznego klimatu angielskiego tria odwołują się zarówno fani goth rocka,jak i death metalu.

Czemu więc angielskie trio zawdzięcza tak ogromny sukces? Wydaje się,że oprócz otwartości i chęci ciągłego poszukiwania,DM zawsze potrafili idealnie balansować na granicy szeroko pojętego undergroundu i popu. Dla wielu do dziś jawią się jako odtrutka na wszechogarniające przesłodzenie i płyciznę popu. Depeche Mode to najbardziej efektywna platforma łącząca dwa światy – popu i alternatywy,melodyjności i ambitnego brzmienia,rockowego pazura i liryzmu. To prawdziwa muzyka dla mas.

Marcin Staniszewski

„Złota siódemka przebojów Depeszów”

Po wczorajszym wywiadzie jaki został zamieszczony na stronie gazety „Dziennik”,dzisiaj ponownie mowa o zespole Depeche Mode ale tym razem w formie sondy – „Złota siódemka przebojów Depeszów”,w której można głosować na jeden z siedmiu utworów: „Just Can’t Get Enough”,”People Are People”,”Personal Jesus”,”Enjoy The Silence”,”I Feel You”,”Walking In My Shoes” oraz „Dream On”.

Wywiad z Depeche Mode na Dziennik.pl

Wczoraj na stronie Dziennik.pl została zamieszczona pierwsza część wywiadu przeprowadzonego z zespołem Depeche Mode na temat prac nad nowym albumem,kolejna część wywiadu zostanie zamieszczona w dniu dzisiejszym w zakładce Kultura -> Muzyka.

UPDATE!! Dodana druga część wywiadu…

[..]„Dźwięki wszechświata” – tytuł waszej nowej płyty brzmi dość patetycznie. Skąd pomysł na niego?

Dave Gahan: Myślę,że utwory na tym albumie… mają pozytywny wydźwięk. Są bezpośrednie,mają więcej duchowej treści,jeśli można to tak określić. Bardziej otwierają się na świat zewnętrzny. Poza tym „Sounds Of The Universe” świetnie brzmi,podoba mi się bezczelność tego tytułu.

Andrew Fletcher: W tekstach nowych piosenek kilkakrotnie pojawiło się słowo „wszechświat”,które jest dość pompatyczne,a przez to zabawne. Dlatego uznaliśmy,że dobrze sprawdzi się w nazwie.

Czym się różniło nagrywanie tego albumu od poprzedniego „Playing The Angel”?

AF: Muzycznie być może poszliśmy w bardziej elektroniczne klimaty: Martin obsesyjnie kupuje nowe,a właściwie stare syntezatory na ebayu. Wzbudzają nasze duże zainteresowanie i gdy tylko pojawia się następny,natychmiast go wypróbowujemy – fajna zabawa. Myślę,że największa różnica,jeśli chodzi o ten album polega na tym,że Martin w ostatnich latach stał się bardzo twórczy,więc mamy znacznie więcej utworów niż zwykle.

Czy relacje w zespole zmieniły się podczas nagrywania tej płyty?

DG: Myślę,że zmienił się charakter mojej interakcji z Martinem,jestem pewniejszy moich pomysłów i czuję,że spotykają się z pozytywnym odzewem. Często zostają zrealizowane,a to miłe uczucie. To bywa dziś dla mnie naprawdę trudne: śpiewać cudze piosenki i je interpretować. Z jednej strony robię to po swojemu,z drugiej – siedzi koło mnie autor,który ma jasną wizję tego,jak utwór powinien zabrzmieć: jak nuty i słowa powinny być wyśpiewane. Szczerze mówiąc,dawniej łatwiej mi się było podporządkować,ale przy pracy nad kilkoma ostatnimi płytami,wliczając tę najnowszą,czułem się już znacznie pewniejszy swoich pomysłów. Dzięki temu zyskałem wolność ekspresji w ramach projektów zespołu. Oczywiście kompromis jest nieodłączną częścią pracy w grupie. Często dzięki niemu można przeżyć miłą niespodziankę. Czasem dobrze jest nie starać się wszystkiego kontrolować i trzymać się kursu. Zauważyłem,że podczas pracy nad tą płytą Martin i ja zgadzaliśmy się dużo częściej niż kiedyś. Okazało się,że bez wcześniejszych uzgodnień mieliśmy podobne spojrzenie na pożądany kształt tych piosenek.

Martin Gore: Myślę,że atmosfera w zespole z czasem się poprawiła. Zasłynęliśmy różnymi nieporozumieniami w dawnych czasach,ale to już przeszłość. Nieźle nam się pracowało podczas nagrywania „Playing The Angel”,potem była fantastyczna trasa koncertowa. Cieszyliśmy się,gdy dobiegła końca,ale czuliśmy też trochę żalu,że to już. W takim duchu kontynuujemy współpracę i wszyscy są znacznie mniej drobiazgowi niż kiedyś.

Komponujecie w podobny sposób? Wypracowaliście wspólną metodę tworzenia piosenek?

DG: Mamy z Martinem zupełnie odmienną techniką. Martin jest tradycjonalistą: siada z gitarą albo przy pianinie i rozwija pomysł,szuka melodii,a przy tym jest znacznie sprawniejszym muzykiem ode mnie. Ja komponuję w zupełnie inny sposób. Współpracuję pod tym względem z Christianem Eignerem i Andrew Philpottem – zaczęliśmy razem tworzyć po trasie promocyjnej „Playing The Angel”. Wspólnie nagraliśmy i wyprodukowaliśmy mój solowy album „Hourglass” i dla mnie praca z DM była swego rodzaju kontynuacją tego procesu twórczego. Kiedy nagrywałem demo piosenek napisanych na tę płytę,myślałem cały czas: „nie bądź zbyt drobiazgowy w kwestii brzmienia piosenki,bo ważny jest wkład innych”. Czyli praca ekipy producenckiej,a przede wszystkim Martina. On miał duży wpływ na kształt moich kompozycji na tym albumie.

MG: Słuchając całej płyty,trudno poznać,które piosenki są moje,a które Dave’a,bo wszystkie przeszły obróbkę brzmieniową Bena. Gdy Dave nagrał wokal,a ja dorzuciłem chórki i gitarę,dopiero wtedy zabrzmiały po prostu jak Depeche Mode.

Dlaczego ponownie wybraliście Bena Hilliera na producenta płyty?

AF: To w Depeche Mode niezwykły przypadek,że pracujemy drugi raz z tym samym producentem. Zwykle ich zmieniamy,bo żaden nie chce z nami nawiązać ponownej współpracy – pierwsza okazuje się najgorszym okresem w jego życiu. Uważaliśmy jednak,że nagrywanie „Playing The Angel” poszło bardzo sprawnie i dlatego postanowiliśmy powierzyć kolejny album Benowi,a on miał czas się nim zająć. Brakuje nam jednego człowieka,bo Alan Wilder odszedł z Depeche Mode dobrych parę lat temu,a on był chyba najlepszym muzykiem w zespole. Nie wzięliśmy nikogo na zastępstwo,więc potrzebujemy ekipy,która przejmie jego rolę. Miło się razem pracuje: zwykle wystarcza nam Ben,ale mamy jeszcze dwie osoby,z którymi wcześniej nie nagrywaliśmy,więc wciąż coś się zmienia.

DG: Bardzo dobrze pracowało nam się razem przy „Playing The Angel”. Ben potrafił dać nam kopa w tyłek,a tego naprawdę nam było potrzeba. Praca nad płytą jest pracą zespołową – mówiłem to już,ale powtórzę: jesteś tak dobry jak ludzie,którymi się otaczasz. Szczególnie w takim zespole jak Depeche Mode,który stworzył mnóstwo materiału w ciągu wielu lat. Czuję,że jesteśmy w idealnym punkcie,by zgłębiać nowe pomysły dzięki współpracy z nowymi ludźmi. Zawsze się obawiałem tego,by grupa nie zamieniła się w parodię samej siebie. Byśmy nie zaczęli myśleć,że możemy odcinać kupony od dawnych sukcesów,bo nie na tym polega sztuka. Trzeba starać się wciąż iść do przodu. I stawiać sobie wyzwania.

Dave,jaki jest twój ulubiony utwór z nowej płyty?

DG: Mam kilka ulubionych,choć ten zestaw wciąż się zmienia. Obecnie jest nim „Come Back”,który napisałem z Andrew i Christianem. Przeszła wiele poprawek od czasów wersji demo. „In Chains” to kolejny faworyt – klasyczny soulowy numer,ma taką atmosferę,że mógłby należeć do repertuaru Marvina Gaye’a. Ma liryczny klimat,piękny tekst i wspaniale mi się ją śpiewało. Dużo się natrudziłem,by osiągnąć taki efekt wokalny,jakiego szukałem,ale w końcu się udało.

Dlaczego na pierwszy singiel wybraliście akurat „Wrong”?

MG: Czuliśmy,że ten numer stanowi pewnego rodzaju deklarację. Nie jest tak klasycznym utworem w stylu Depeche Mode,jak na przykład „In Sympathy”,które może zostać jednym z kolejnych singli,o ile te mają w dzisiejszych czasach jakiekolwiek znaczenie. Może jako narzędzie promujące płytę? W każdym razie lubimy wybierać na pierwszego singla nietypowy dla zespołu numer
[..]Dziennik.pl